Gry komputerowe już od dłuższego czasu nie zajmują już ani
mojego umysłu ani wolnego czasu. Nie wiem czy to przez przesyt gierek za
dzieciaka czy może dlatego, że mam kolegów i nie mam pryszczy. Niemniej jednak
nie sposób nie zauważyć, że ta forma elektronicznej rozrywki rozwija się chyba
najszybciej i od ładnych paru lat gry w masowej świadomości to nie tylko
trzaskanie w klawiaturę dla dzieciaków ale potężna gałąź rozrywki. Nie dziwi
więc fakt, że coraz to więcej tuzów z różnych innych dziedzin rozrywki
uczestniczy w ich powstawaniu. Jednym z nich jest właśnie Amon Tobin, którego
muzyka tak bardzo przypadła do gustu panom z Ubisoft, że zaproponowali mu
stworzenie soundtracku do jednej ze swoich produkcji.
Po tym, skądinąd nieudanym i skrajnie niekompetentnym,
wstępie czas chyba najwyższy jakoś przybliżyć zawartość krążka. Zacznijmy więc
może od jakiegoś backgroundu. Poprzedni album ‘Out From, Out Where’ został
wydany 3 lata wcześniej a sam Pan Tobin przez ten czas lekko zmodyfikował swoje
podejście do sampli. Jasne, że od nich nie odszedł, w końcu jest ich królem,
ale sporą cześć tych na płycie sam stworzył/nagrał/wygenerował . Płyta była
również pierwszą na którą zaprosił innych muzyków. Muzyków których nazwiska ani
nic mi nie mówią ani pewnie nigdy mi nic nie powiedzą. Bo kto wie kim jest Nacho
Mendez, Eiji Miyake albo bracia Madungo,
skoro nawet Wikipedia tego nie wie? Wiem
natomiast, że Amon cenił sobie mocno współpracę z nimi o czym wspomniał we
wkładce. Skoro już wiemy mniej więcej jak
i z kim to czas najwyższy powiedzieć coś o tym co oferuje nam Brazylijczyk.
Nie wiem czy klimat
może być szpiegowski ale taki tutaj właśnie panuje. Rozumiem przez to taką
dosyć duszną atmosferę niepokoju i niepewności. Czyhający na życie Sama Fishera
wraży najemnicy jak i równie nieprzychylne bohaterowi nagłe połamanie rytmu czają się za każdym rogiem. Najbardziej
widoczne jest to w ‘Ruthless’ gdzie napięcie budowane przez ‘cykający’ werbel stopniowo ale dosyć dobitnie przeistacza się w
istną kanonadę oprawioną dosyć niepokojącymi synthami przelatującymi tu i
ówdzie. I wtedy już wiesz, że ktoś ma cię na muszce. Podobnie jest w ‘The Lighthouse’ i ‘The Clean
Up’, które rozwijają się może i powoli ale jak już się rozwinie to jesteś pod
ostrzałem i najlepiej jest się schować za winklem. Praca tajnego agenta musi
być naprawdę stresująca. Na szczęście na
albumie znajdują się też sporo spokojniejszych wątków. Lekko oniryczne ‘Theme From
Battery’ czy prawie darkambientowe ‘Hokkaido’ są chwilami wytchnienia cały czas
emanującymi jednak stylem Amona, który w słowa jest wyjątkowo ciężko ubrać. Wątpliwe
wydaje się, że wtedy bohater gry ma wakacje. Bardziej prawdopodobny jest
postrzał w głowę, śpiączka z powodu tegoż albo jakieś inne halucynacje z
niedożywienia (znajdziemy zimnioka, wierzę!). Nie zmienia to faktu, że ogólny
klimat oscyluje wciąż wokół słowa szpiegowski , co nie dziwi biorąc po uwagę
to, że to soundtrack. A może nawet idzie na plus, ponieważ czyni to krążek
spójnym koncepcyjnie. Abstrahując już od klimatu warto dodać, że mając do
dyspozycji określony duszny styl narzucony przez grę, Tobin potrafił
wyprodukować płytę tak zróżnicowaną bo poszczególne kawałki nie są nawet do
siebie podobne. Ale z tego akurat jest znany i za to lubiany. Tematu zaproszonych
muzyków celowo nie podjąłem bo nawet nie wiem za co oni byli tutaj
odpowiedzialni. Ktoś? Coś?
Podsumowując nie napiszę, że jest to dzieło wybitne,
zmieniające życie i otwierające oczy, bo takowe pojawi się dopiero w 2007 roku,
ale na pewno jest to płyta solidna. Nawet bardzo solidna, jednak będąca
rzemiosłem , czymś co trzeba było odklepać nie myśląc nad woltami
stylistycznymi, do których jako (psycho)fan Amona Tobina od lat paru jestem w
sumie przyzwyczajony (każdy kolejny jego album definiował na nowo muzykę!). Niemniej
jednak do zadanie powierzonego przez UbiSoft podszedł z pełną powagą i zrobił
po prostu bardzo dobrą płytę przepełnioną ciekawymi pomysłami, niepokojem,
napięciem i po prostu dobrą muzyką.
4/5