środa, 18 kwietnia 2012

Amon Tobin - Splinter Cell: Chaos Theory (2005)




Gry komputerowe już od dłuższego czasu nie zajmują już ani mojego umysłu ani wolnego czasu. Nie wiem czy to przez przesyt gierek za dzieciaka czy może dlatego, że mam kolegów i nie mam pryszczy. Niemniej jednak nie sposób nie zauważyć, że ta forma elektronicznej rozrywki rozwija się chyba najszybciej i od ładnych paru lat gry w masowej świadomości to nie tylko trzaskanie w klawiaturę dla dzieciaków ale potężna gałąź rozrywki. Nie dziwi więc fakt, że coraz to więcej tuzów z różnych innych dziedzin rozrywki uczestniczy w ich powstawaniu. Jednym z nich jest właśnie Amon Tobin, którego muzyka tak bardzo przypadła do gustu panom z Ubisoft, że zaproponowali mu stworzenie soundtracku do jednej ze swoich produkcji.

Po tym, skądinąd nieudanym i skrajnie niekompetentnym, wstępie czas chyba najwyższy jakoś przybliżyć zawartość krążka. Zacznijmy więc może od jakiegoś backgroundu. Poprzedni album ‘Out From, Out Where’ został wydany 3 lata wcześniej a sam Pan Tobin przez ten czas lekko zmodyfikował swoje podejście do sampli. Jasne, że od nich nie odszedł, w końcu jest ich królem, ale sporą cześć tych na płycie sam stworzył/nagrał/wygenerował . Płyta była również pierwszą na którą zaprosił innych muzyków. Muzyków których nazwiska ani nic mi nie mówią ani pewnie nigdy mi nic nie powiedzą. Bo kto wie kim jest Nacho Mendez, Eiji Miyake albo bracia Madungo, skoro nawet Wikipedia tego nie wie?  Wiem natomiast, że Amon cenił sobie mocno współpracę z nimi o czym wspomniał we wkładce.  Skoro już wiemy mniej więcej jak i z kim to czas najwyższy powiedzieć coś o tym co oferuje nam Brazylijczyk. 

 Nie wiem czy klimat może być szpiegowski ale taki tutaj właśnie panuje. Rozumiem przez to taką dosyć duszną atmosferę niepokoju i niepewności. Czyhający na życie Sama Fishera wraży najemnicy jak i równie nieprzychylne bohaterowi nagłe połamanie rytmu czają się za każdym rogiem. Najbardziej widoczne jest to w ‘Ruthless’ gdzie napięcie budowane przez ‘cykający’ werbel  stopniowo ale dosyć dobitnie przeistacza się w istną kanonadę oprawioną dosyć niepokojącymi synthami przelatującymi tu i ówdzie. I wtedy już wiesz, że ktoś ma cię na muszce.  Podobnie jest w ‘The Lighthouse’ i ‘The Clean Up’, które rozwijają się może i powoli ale jak już się rozwinie to jesteś pod ostrzałem i najlepiej jest się schować za winklem. Praca tajnego agenta musi być naprawdę stresująca.  Na szczęście na albumie znajdują się też sporo spokojniejszych wątków. Lekko oniryczne ‘Theme From Battery’ czy prawie darkambientowe ‘Hokkaido’ są chwilami wytchnienia cały czas emanującymi jednak stylem Amona, który w słowa jest wyjątkowo ciężko ubrać. Wątpliwe wydaje się, że wtedy bohater gry ma wakacje. Bardziej prawdopodobny jest postrzał w głowę, śpiączka z powodu tegoż albo jakieś inne halucynacje z niedożywienia (znajdziemy zimnioka, wierzę!). Nie zmienia to faktu, że ogólny klimat oscyluje wciąż wokół słowa szpiegowski , co nie dziwi biorąc po uwagę to, że to soundtrack. A może nawet idzie na plus, ponieważ czyni to krążek spójnym koncepcyjnie. Abstrahując już od klimatu warto dodać, że mając do dyspozycji określony duszny styl narzucony przez grę, Tobin potrafił wyprodukować płytę tak zróżnicowaną bo poszczególne kawałki nie są nawet do siebie podobne. Ale z tego akurat jest znany i za to lubiany. Tematu zaproszonych muzyków celowo nie podjąłem bo nawet nie wiem za co oni byli tutaj odpowiedzialni. Ktoś? Coś?

Podsumowując nie napiszę, że jest to dzieło wybitne, zmieniające życie i otwierające oczy, bo takowe pojawi się dopiero w 2007 roku, ale na pewno jest to płyta solidna. Nawet bardzo solidna, jednak będąca rzemiosłem , czymś co trzeba było odklepać nie myśląc nad woltami stylistycznymi, do których jako (psycho)fan Amona Tobina od lat paru jestem w sumie przyzwyczajony (każdy kolejny jego album definiował na nowo muzykę!). Niemniej jednak do zadanie powierzonego przez UbiSoft podszedł z pełną powagą i zrobił po prostu bardzo dobrą płytę przepełnioną ciekawymi pomysłami, niepokojem, napięciem i po prostu dobrą muzyką. 

4/5